Warmia i Mazury
30 lipca – 7 sierpnia 2016

Letnią wycieczkę rowerową poprowadzi Jerzy Popiołek, absolwent geografii UMK. Jeden absolwent UMK ma prawo zabrać ze sobą jedną osobę towarzyszącą.

Szczegóły trasy

Szacowany koszt wycieczki to ok. 460-500 zł (transport, noclegi, ubezpieczenie, wstępy). Po zakończeniu zgłoszeń będziemy negocjować noclegi i ewentualne wstępy do atrakcji po drodze.

Zgłoszenia przyjmujemy do końca marca 2016 –  lista zgłoszeń zamknięta!

Zaliczkę w wysokości 250 zł należy wpłacić na konto Fundacji Amicus Universitatis Nicolai Copernici, ul. Gagarina 39, 87-100 Toruń, numer konta: 56 1140 2017 0000 4502 0345 2695, z dopiskiem WARMIA i MAZURY.

Masz pytania? Zadaj je na forum w wątku wycieczki

Relacja i fotorelacja

Warmia i Mazury 2016 – relacja

30 lipca 2016

Stoimy na dworcu i czekamy na pociąg. Będzie wagon rowerowy czy nie... Uff, wsiedliśmy do pociągu. Rowery wiszą, my nie siedzimy. Część pasażerów próbowała zaanektować nasze miejsca, jednak po krótkim boju udało nam się je odbić bez strat własnych. W Olsztynie dosiadł nasz wódz Jurek, a po chwili pojawił sie Darek z informacją, że z żoną obstawia tyły pociągu.

Z relacji oczekującego na nas w Giżycku Darka z Lublina wiemy, ze wjazd naszego pociągu został zapowiedziany w baaaaaardzo specyficzny sposób wskazujący na... Wszyscy oczekujący na dworcu przednio się bawili. Brakowało tylko oklasków.

Giżycko przywitało nas burzą i deszczem, co nie przeszkodziło nam w rowerowym objeździe miasta. Następnie szybko pojechaliśmy do pobliskich Kruklanek na nocleg. Niektórzy po raz pierwszy skosztowali regionalnych potraw: kartaczy i ziemniaczanej babki.

31 lipca 2016

Drugiego dnia bez spóźnienia dosiedliśmy naszych stalowo-aluminiowo-tytanowo-chromowo-molibdenowych rumaków z dodatkiem utwardzonej gumy i raźno ruszyliśmy do ruin mostu kolejowego. Most ten został wysadzony przez autochtonów w 1945 roku, by uniemożliwić wywiezienie miejscowych dóbr przez Sowietów.

W Puszczy Boreckiej mieliśmy spotkanie 3. stopnia z familią żubrów posilających się codzienną porcją owsianki.

Po drodze odwiedziliśmy stację Instytutu Ochrony Środowiska. Nad nami krążyła para myszołowów z nadzieją na niedzielny obfity posiłek. Zewsząd otaczały nas wspaniałe landszafty.

W Baniach Mazurskich u pana z certyfikatami mistrza dla odmiany zjedliśmy kartacze.

Droga Green Velo z Bań do Węgorzewa była do bani. Kamienie wielkości kartaczy... Niektóre odcinki są spartaczone. Projektanci chyba nigdy nie jeździli na rowerze. Życzymy im wyjątkowej przejażdżki po takiej drodze. Skutkiem braku wyobraźni projektantów było zaliczenie pierwszego kapcia. Dzięki fenomenalnym zdolnościom magistra ekonomii udało się okiełznać typową awarię w nietypowym rowerze - koło z przerzutką wewnętrzną i torpedem.

Po przyjeździe do Węgorzewa część udała się na długo wyczekiwaną kąpiel w jeziorze Mamry, inni poznawali miasto od strony kulinarno-rozrywkowej, a reszta oddała się wcześniej w ramiona Morfeusza.

Motto na wczoraj: Dzisiaj będzie jutro

1 sierpnia 2016

Trzeciego dnia nasze życie zamarło, bowiem do godziny 11 lało jak z cebra. W związku z tym odzialiśmy się w to, co kto miał. Dominowały neonowe kolory tęczy. A podczas jazdy z górki rozchodzący się łopot peleryn i tym podobnych przyodziewków przypominał atak husarii pod Wiedniem. Kolejną wściekłą nawałnicę przetrwaliśmy w MORze nad Mamrami.

Część kolegów chciało przekopać groblę do Kanału Mazurskiego. Niestety ogrom pracy ich przerósł więc porzucili łopaty i wrócili do rowerów. Rowery zostały na parkingu po uiszczeniu opłaty 1zł za rumaka. Następnie poszliśmy oglądać niedokończone pruskie śluzy na Kanale Mazurskim. Śluzy jak śluzy - każdy wie jak wyglądają, ale znacznie ciekawsza okazała się oferta złożona przez gospodarzy parkingu. Do 3 rowerów 1 toaleta gratis.

W Srokowie rzuciliśmy się na odchudzające ciastka z kremem i bitą śmietaną oraz kawę. Po uzupełnieniu kalorii pojechaliśmy dalej i odwiedziliśmy odbudowywany pałac w Jegławkach, w którym nagrywali film "Wenecja". Jeśli oglądaliście ten film to wyślijcie SMS o treści WIDZIALEM na numer dowolnego uczestnika wycieczki dostępny w Centrum Promocji   za opłatą 99,99 + VAT. Nagrody w formie płynnej skonsumowaliśmy na kolejnym postoju.

W Barcianach obejrzeliśmy mozolnie odbudowywane ruiny zamku krzyżackiego. Znacznie ciekawsza od ruin była restauracja Feniks, w której właściciele podjęli nas PRZEPYSZNYM gratisowym barszczem ukrainskim. Zaś na drugie danie rozkoszowaliśmy się niebiańskimi pierogami w najprzeróżniejszych  smakach wykonanymi przez Państwa Biedrawa. Obowiązkowy punkt na warmińsko-mazurskim Green Velo.

Kolejną atrakcją był lekko podupadły pałac w Drogoszach. Tam dla dmiany kręcono film "Cudownie Ocalony".

Na zakończenie należy zaznaczyć, że poniedziałek był pod znakiem wzlotów i upadków. Pod koniec już nie rozróżnialiśmy czy jedziemy w górę, czy w dół, czy wiatr nam wieje w oczy. A o noclegu w Korszach lepiej nie wspominać.

2 sierpnia 2016

Caly wieczór pada, siedzimy i pijemy rozmrażane wino ogrzane własnymi piersiami Wentylka i Eli. Wino ogrzewał też Piotr. (Jeśli domyślasz się, gdzie trzymał je Piotr, to nie wysyłaj SMSa do Kingi - cenzura i tak tego nie puści). Dlatego nie w pełni odpowiadamy za treść dzisiejszej relacji.

Motto na dzisiejszy wieczór: Jess wesoło, paaada wkoło.

Dzień rozpoczęliśmy od pompowania koła do 5 atmosfer i po zabezpieczeniu wentyla śliną wyruszyliśmy w trasę.

W Sątocznie nawiązaliśmy kontakty z atrakcyjnymi brukarzami. Brukarze byli gotowi na wiele, ale stanowczo zaprotestowali przed umieszczeniem ich zdjęć na sexbóóku.

W Prosnej przypadkiem w krzokach natrafiliśmy na ruiny wczesno-XX-wieczego pałacu. Musiało tam kiedyś być pięknie. Ciekawe ile tam było toalet, bo w Drogoszach była tylko jedna.

Jedynym szczytem, jaki dziś osiągnęliśmy, była wieża w kościele w Sępopolu. Z góry było widać meander Łyny otaczający stare miasto.

W Bartoszycach spożylismy ... i dojechaliśmy na nocleg w Krawczykach.

Zostawiwszy bagaże, ruszyliśmy do Galin. Ten kawałek Green Velo szczególnie polecamy spragnionym mocnych wrażeń, niekoniecznie pozytywnych. Pałac zwiedzaliśmy błyskawicznie, ponieważ błyskawice pojawiły sie na horyzoncie. Wracając, zostaliśmy zaatakowani przez MIG 25, który z przerażenia na nasz widok, przekroczył barierę dźwięku.

Na koniec prosimy o niepozbawianie nas wycieczkowych plakietek - i tak są zastawione w zaprzyjaźnionym lombardzie.

PS Naprawdę nie wiemy, jak to się stało, ale od dzisiejszego wieczora jest już nas czternaścioro. Poza tym okazało się, że nasz przewodnik jest Nazgulem.

A teraz ... patrz początek relacji.

3 sierpnia 2016

Widzieliśmy dzisiaj prace Witkacego, w związku z tym relacja jest pisana pod wpływem ... (a jak nie wiesz koteczku, co to znaczy, to poczytaj o Witkacym).

Serdecznie polecamy najlepszy nocleg z dotychczasowych w gospodarstwie agroturystycznym Mimoza w Krawczykach. Nic dodać, nic ująć.

Mazury są już góry i jedziemy po Warmii. Na pierwszy przystanek stoczyliśmy się pod górę do Stoczka Klasztornego. Spotkaliśmy sie tam z grupą rowerzystów abstynentów z Jastrzębia Zdroju. Okazuje się, że jazda po Green Velo na trzeźwo jest również niemożliwa. Efektem wspólnego zdjęcia ABSOLWENTÓW i ABSTYNENTÓW było powstanie grupy AA.

W Stoczku zwiedzaliśmy kościół i zespół klasztorny, w którym był więziony kardynał Stefan Wyszyński. W ogrodzie posililiśmy się soczystymi papierówkami.

Pierwszą i najlepszą decyzją podjętą na drodze do Lidzbarka Warmińskiego było porzucenie Green Velo. Lepsze kilka ciężarówek na asfalcie niż bardzo kamienista szutrówka.

Uroki Lidzbarka Warmińskiego wynagrodziły nam wszelkie trudy podróży. Brakuje nam słów, które mogłyby opisać mistrzostwo naszego wspaniałego, niezwykłego i wyjątkowego przodownika wśród przewodników, czyli Jurka, chyba że posłużymy się słowami pana Jarząbka "Łubu dubu, łubu dubu, niech nam żyje prezes naszego klubu". W zamku podziwialiśmy bogactwo byłych biskupów warmińskich. W wielkim refektarzu do galerii biskupów warmińskich postanowiliśmy dołączyć poczet 14 męczenników Green Velo.  Zastanawiamy się, kto będzie pierwszy. (Ja, przypisek cenzora). Atrybutami męczenników będą pęknięta guma, złamana szprycha, wygięta obręcz i czerwona d...

Po skorzystaniu z wyśmienitej, miejscowej oferty kulinarnej ruszyliśmy dalej. Wspaniałym, szerokim traktem Green Velo dojechaliśmy do noclegu ukrytego wśród pagórków leśnych i łąk zielonych. Przy pisaniu relacji raczyliśmy się grillowanymi specjałami: B - boczkiem, C - czosnkiem, cebulą, chlebem, D - dobrym winem, E - ewentualnie dobrym piwem, I - indykiem, K - kiełbasą, O - ogórkami świeżymi, małsolnymi i kiszonymi, P - papryką, pieczarkami, R - radością.

PS Cenzorowi puściły hamulce i pękła guma.

Motto na jutro: Jeśli fakty nie zgadzają z naszą relacją tym gorzej dla faktów.

4 sierpnia 2016

Lejący się strumieniami nad ranem deszcz w brutalny sposób obudził grupę Skołowanych śpiących na poddaszu pod blachodachówką. Na pokajach Państwa Gospodarzy zostaliśmy podjęci wysoooooko kalorycznym śniadaniem.

Pierwszą atrakcją turystyczną naszej wycieczki była kamienna ławeczka, z której Napoleon dowodził wielką bitwą z wojskiem rosyjskim w 1807 roku. Była to jedna z najkrwawszych bitw tej kampanii.

W Górowie Iławeckim ogromne wrażenie zrobił na nas proboszcz parafii grekokatolickiej - człowiek ciepły, życzliwy i pogodny. Wnętrze świątyni było niepowtarzalne - gotyckie mury, zwieńczone barokowym stropem i współczesnymi ikonami namalowanymi przez prof. Nowosielskiego. Niestety nie udało nam się wejść do muzeum w starej gazowni. Stratę zrekompensowaliśmy sobie ciastem i kawą. Szczególne podziękowania kierujemy do pani z informacji turystycznej w Górowie, dzięki której przejechaliśmy dodatkowo ok. 10 km i wspieliśmy się na wysokość 216 m n.p.m. aby przekonać się, że po wieży obserwacyjnej na Zamkowej Górze wszelki ślad zaginął. Ktokolwiek widział lub wie gdzie znajduje się obecnie poszukiwana wieża proszony jest o telefon do informacji turystycznej w Górowie Iławeckim (89 761 00 48). Jedyną pociechą było znalezienie rzadko spotykanego gatunku grzyba, który zachwycił Wentylka.

Z nieukrywanym żalem informujemy, że kolejna dętka w rowerze Karoliny zakończyła swój krótki, acz burzliwy żywot (Green Velo). Dzięki doświadczeniu, wspomnianego w uprzedniej relacji magistra ekonomii, z awarią uporaliśmy się w niecałe 30 minut. Magister ekonomii rozważa możliwość porzucenia aktualnej pracy i założenia mobilnego warsztatu rowerowego na szczególnie przyjaznych rowerzystom odcinkach Green Velo. Poszukujący pracy w powstającej firmie "Green Velo Assistance" mogą się zgłaszać do Centrum Promocji.

Naszymi nieodłącznymi towarzyszami doli i niedoli są wszechobecne bociany. Dzisiaj jeden z nich miał śródlądowanie niemal na naszych głowach. Kolejnym smutnym wydarzeniem na trasie naszej wyprawy było zdarzenie czołowe jednego z uczestników naszej wyprawy z bielinkiem kapustnikiem. Sprawca nieudzieliwszy pierwszej pomocy uciekł z miejsca wypadku.

W dalszej trasie przejechaliśmy fantastyczną, asfaltową drogą rowerową Green Velo. Niestety szczęście nie trwało długo. Asfalt niespodziewanie zniknął gdy oddaliliśmy się od szosy.

Na końcu dojechaliśmy do Pieniężna, które zachwyciło nas doliną Wałszy (jeden z najstarszych rezerwatów w Europie) i przygnębiło widokiem ruin zamku biskupiego.

PS Dzisiejszą relację zawdzięczacie trójce niezmordowanych i najwytrwalszych członków naszej grupy: Karoliny M., Danusi B. (Dynamik) i Jacka P. (Wentylka).

5 sierpnia 2016

Piątek zaczął się jak zwykle, ale koło 9 przestało. W hoteliku Hermes w Pieniężnie były świetne warunki, serdecznie polecamy.

Zaczęliśmy od Muzeum Misyjno-Etnograficznego księży Werbistów. Wśród wielu ciekawych eksponatów utkwiły nam w pamięci: biustonosz zrobiony z orzechów kokosowych i batiki z Indonezji.

Z wielkim żalem w Pakoszach pożegnaliśmy Darka - absolwenta z UMCS. Darek postanowił na rowerze wrócić do Lublina, czyli będzie w domu później niż my. Ktokolwiek go spotka na trasie niech od nas go pozdrowi.

Kolejny przystanek mieliśmy w Koziej Farmie. Po degustacji trzech twardych kozich serów dokonaliśmy stosownych zakupów. Jedynie Wentylek pogardził serem na rzecz starej purchawicy. Kilka kilometrów dalej w Wysokiej Braniewskiej zdumiał nas widok truskawek rosnących na wysokich stojakach obsypanych kwieciem i czerwonymi owocami. Gospodarze byli tak uprzejmi i pozwolili nam częstować się do woli wprost z krzaków.

Braniewo to kolejne miasto w regionie, w którym niewiele pozostało po przejściu Armii Czerwonej. Zaliczyliśmy tam Kościół św. Katarzyny, nowożeńców, kryptę i obiad. Z pełnymi brzuchami pojechaliśmy do Nowej Pasłęki nad samym Zalewem Wiślanym. Dla części z nas nocleg był porównywalny do sardynek w puszce obficie zalewanych deszczowką. Natomiast polecamy miejscową smażalnię ryb, a szczególnie zupę rybną.

6 sierpnia 2016

Głównym wydarzeniem dzisiejszego dnia jest upadła kobieta, ale zacznijmy od początku. Obudziło nas to, co zwykle i po śniadaniu ruszyliśmy szukać głównego ujścia Pasłęki - trzeciej głównej rzeki Polski. Stuk stuk, stuk stuk. Po monotonnej jeździe po betonowych płytach skróciliśmy drogę do Fromborka, jadąc fantastycznym mostkiem zbudowanym w ramach Green Velo. We Fromborku zwiedziliśmy muzeum medycyny w dawnym szpitalu św. Ducha i pojechaliśmy na wzgórze katedralne. W katedrze czekała nas miła niespodzianka - koncert muzyki organowej. Zachwyciła nas stereofonia organowa, czyli gra na organach nad wejsciem oraz w prezbiterium. Kolejnym punktem było wejście na świeżo wyremontowaną, najstarszą wieżą wodną w Polsce. Nasza grupa została szczególnie uhonorowana zniżkowymi biletami i toruńskimi piernikami.

Do Świętego Kamienia postanowiliśmy pojechać na skróty odcinkiem specjalnym. Zakosztowaliśmy tam kąpieli błonych, masażu wybujałymi pokrzywami, moczenia w zalewie, akupunktury komarowej i hydromasażu świeżą deszczówką. Jedna z naszych koleżanek skusiła się na darmowe zabiegi błotne, upadając w kałużę wraz z rowerem. Święty Kamień wynagrodził nam wszelkie trudy. Piotr, zrzucając z kamienia belkę, zmoczył spodnie, ale po chwili nie miało to już znaczenia.

Kompletnie przemoczeni dojechaliśmy do Tolkmicka. Wszystko, co tam zjedliśmy, spaliliśmy, podjeżdżając pod "łagodną", rekomendowaną przez Elę górę. Już po 2 km byliśmy na szczycie, a zjeżdżając w dół, pobiliśmy wycieczkowe rekordy prędkości.

7 sierpnia 2016

W niedzielny poranek poleniuchowaliśmy trochę dłużej. Nocleg w Kamionku Wielkim jest godny polecenia. Gospodarze są bardzo sympatyczni, a miejsce bardzo ładne. Cześć robiła sesję zdjęciową w słonecznikach, a część podziwiała zarastający widok na zalew.

Do Elbląga miało być płasko i blisko zgodnie z zapewnieniem Eli. Tym razem była to prawda. Pewnie dlatego wyjechawszy z noclegu dużo wcześniej, nie bała sie z nami spotkać w mieście. W Elblągu Jurek po raz ostatni pobawił się profesjonalnie w przewodnika. Jak przystało na stare krzyżackie miasto, Elbląg jest piekny, co potwierdziła makieta udostępniona w Ratuszu. Niestety 1945 rok zrównał miasto z ziemią. W muzeum historycznym podziwialiśmy ceramikę z Kadyn, przedwojenne wyposażenie elbląskich mieszkań oraz fascynujące pamiątki z Truso - faktorii handlowej Wikingów. Szukając obiadu, spotkaliśmy rowerowego tubylca, który polecił nam świetny bar. W drodze na posiłek jedna osoba złapała gumę. Jeśli chcecie wiedzieć kto, wyslijcie SMS o treści KAPEĆ do Centrum Promocji. Zaprzyjaźniony tubylec odprowadził pechowca na dworzec, kilka razy uzupełniając ubytki powietrza w kołe.

A teraz jedziemy pociągiem i wspominamy dobre chwile. Green Velo, którym czasami jechaliśmy, ma wiele zalet. Ładnie zrobione MORy, dobre oznakowanie, asfaltowe drogi wzdłuż szos i dużą liczbę spotykanych cyklistów. Niestety dobre wrażenie psują długie odcinki wysypane nieutwardzonym szutrem i drogi z tarką zrobioną przez samochody.

Konkurencją dla rozgadanych koleżanek były toczące rozmowy dwie pary żurawii. Niemal codziennie spotykaliśmy te piękne ptaki. Raz widzieliśmy również białą czaplę. Niektórzy tęsknią już do zapachu pól kwitnącej koniczyny.

Na ewentualne pytania i wnioski odpowiemy później... lub nie.