Mariusz Lubomski, absolwent UMK Absolwent malarstwa i wychowania plastycznego 1990

Ambasador UMK
14 czerwca 2015

Mariusz Lubomski

Wokalista, kompozytor, producent muzyczny, malarz

 

Urodził się w Świeciu w roku w 1962, dzieciństwo spędził w Brodnicy. W okresie licealnym wraz z rodzicami przeniósł się do Torunia, gdzie poznał profesora Stanisława Borysowskiego. Znajomość z tym artystą zaowocowała podjęciem przez Mariusza Lubomskiego studiów na Wydziale Sztuk Pięknych UMK. W młodości uczęszczał również na lekcje gry na pianinie. Studia z zakresu malarstwa i wychowania plastycznego ukończył w 1990 r.

Z piosenką autorską zetknął się na studiach. W roku 1981 wraz z Rafałem Bryndalem oraz grupą muzyków poznańskich założył zespół I z Poznania i z Torunia, z którym rok później zadebiutował na Giełdzie Piosenki Studenckiej w Szklarskiej Porębie. Zdobyli uznanie dzięki piosence Impreza w Klubie Harcerza. Zespołowi udało się uzyskać najwyższe podium w pierwszej edycji krakowskiego Przeglądu Kabaretów Amatorskich PaKA w 1985. Sukces przyniósł im utwór Indianie i kowboje. W tym czasie Mariusz Lubomski występował wraz z zespołem w klubach studenckich. Ze swoją karierą solową wystartował w 1987 roku. Otrzymał wtedy pierwszą nagrodę na Festiwalu Piosenki Studenckiej w Krakowie, wystąpił również w Kabaretonie w Opolu. Wykonywał piosenki z tekstami Rafała Bryndala oraz Sławomira Wolskiego. W następnym roku śpiewał na IX Przeglądzie Piosenki Aktorskiej. Brał również udział w jego XVIII odsłonie z koncertem Lubomski – Conte'm. Ma w swoim dorobku pięć płyt i kilkanaście koncertów telewizyjnych. Zapraszany do udziału w największych polskich wydarzeniach muzycznych,  m.in. występował u boku Nicka Cave’a na koncercie „Nick Cave i przyjaciele” we Wrocławiu, na koncercie „Zielono Mi” w Opolu, poświęconym Agnieszce Osieckiej, i na koncercie finałowym 23 PPA „Kombinat” – ostatnim występie zespołu Republika.

Jest współzałożycielem kultowego, nieistniejącego już Klubu Niebo w Toruniu, a także współtwórcą Instytutu B61 – alternatywnego projektu z pogranicza nauki i sztuki. Od wielu lat związany jest z Przeglądem Piosenki Aktorskiej we Wrocławiu, m.in. jako członek Rady Programowej PPA. Otrzymał także Feliksa od Gazety Wyborczej w Toruniu.

Obecnie pracuje nad nową studyjną płytą. Mieszka w Toruniu. Ma dwie córki bliźniaczki – Milę i Polę.

Wywiad dla Programu Absolwent UMK (11.2015)

wstecz


Mariusz Lubomski

Oficjalna strona artysty na Facebooku

Wywiady

Muzyka

Rozmowa z Mariuszem Lubomskim, absolwentem i Ambasadorem UMK,
znanym muzykiem, twórcą i wykonawcą piosenki autorskiej

 Na UMK ukończyłeś kierunek o nazwie malarstwo i wychowanie plastyczne. Dlaczego wybrałeś studiowanie sztuki a nie muzyki?

–  W dzieciństwie wakacje spędzałem zwykle nad jeziorem Głowińskim na Pojezierzu Brodnickim. Tam był ośrodek Pracowni Konserwacji zabytków. Zauważyłem, że zawód konserwatora pozwalał ciekawiej żyć  w tej szarej PRL-owskiej rzeczywistości, dawał też poczucie wolności. Konserwatorzy wyjeżdżali bowiem zagranicę, co w tamtych czasach było rzadkością. Postanowiłem więc zdawać egzaminy wstępne na konserwację, ale nie dostałem się. Wprawdzie lekcje rysunku pobierałem u prof. Stanisława Borysowskiego, który był moim sąsiadem, ale to nie wystarczyło. Jednak mając Profesora na wyciągnięcie ręki, rozsmakowałem się w rysowaniu i malowaniu. W efekcie postanowiłem zdawać na UMK, ale tym razem na kierunek artystyczno-pedagogiczny i dostałem się!

Czy Prof. Borysowski uczył Cię także na studiach?

– Tak, ale tego cudownego smaku obcowania ze sztuką po maturze już nigdy potem nie czułem tak intensywnie. Studia na Wydziale Sztuk Pięknych dawały nam znacznie większy margines wolności, niż mieli studenci innych kierunków – często chodziliśmy w fartuchach pobrudzonych farbą drukarską i byliśmy inaczej traktowani, czy to na zajęciach w Studium Wojskowym, czy na lektoratach.

 Czy malarstwo istniało potem w Twoim życiu?

–  Nie bardzo, bo tuż po egzaminach wstępnych, w 1982 r. pojechałem z grupą I z Poznania i z Torunia do Szklarskiej poręby na Giełdę Piosenki Studenckiej, gdzie zagraliśmy i zaśpiewaliśmy utwór „Impreza w klubie Harcerza” i udało nam się zdobyć I miejsce! Śpiewaliśmy tę piosenkę w nocy dla kilku tysięcy ludzi, a tymczasem w państwie trwał w najlepsze stan wojenny z godziną policyjną, internowani siedzieli w więzieniach, a sklepowe półki były puste. Tak jakby ta mała scena, przy której ludzie do rana leżeli pozawijani w koce i słuchali, znajdowała się zupełnie poza koszmarną, socjalistyczną rzeczywistością. I nagle to zwycięstwo otworzyło nam drzwi do wszystkich klubów studenckich w Polsce, które w tamtym czasie nie ograniczały się do dyskotek. Objawieniem scenicznym okazał się Rafał Bryndal z Torunia, który – tak jak ja – chodził do „Kopernika”, czyli I LO w Toruniu, ale poznaliśmy się dopiero na studiach w Radiu studenckim, dzięki Kasi Dowbor i Wojtkowi Koronowskiemu. Zaczęliśmy razem tworzyć – Rafał teksty, ja muzykę i śpiew. Grało z nami dwóch świetnych chłopaków – Janek Stachura i Maciek Barabasz. Obaj odbywali w Toruniu służbę wojskową  i codziennie wieczorem uciekali z jednostki przez płot. Nasze piosenki nie były dopracowane, przypominały raczej szkice, ale mimo to miały w sobie dużo młodzieńczej siły. Jeździliśmy z koncertami po całej Polsce.

 Gdybyś dzisiaj mógł jeszcze raz podjąć decyzję o wyborze kierunku studiów, na co byś się zdecydował?

–  Nie powiedziałem jeszcze, że równolegle do zdawania na konserwację zabytków, próbowałem dostać się na Wydział Wokalny Akademii Muzycznej w Katowicach, bo chciałem śpiewać jazz. Gdybym jednak miał teraz wybierać, wolałbym uczyć się grać niż śpiewać. Dzisiaj wiem, że szkoła niewiele daje w zakresie nauki  śpiewania jazzu, raczej grozi sztancą, więc nie  żałuję, że się tam nie dostałem i że studiowałem malarstwo. To, co jest ważne w sztuce, to zmysł obserwacji i przetwarzanie danych na swoją matrycę. Tego nauczyłam się od prof. Borysowskiego, który kazał nam obserwować samych siebie i nasze otoczenie, a następnie transponować to na obrazy. To samo robię w muzyce.

– Czy obecnie bardziej niż standardowe koncerty pociągają Cię formy sztuki stosowane przez Instytut B-61, którego jesteś współtwórcą?

–  Bardzo się cieszę, że spotkałem na swojej drodze ten alternatywny projekt Janka Świerkowskiego z pogranicza nauki i sztuki, bo jest to niezmiernie frapujące przedsięwzięcie, a zarazem kontynuacja mojej twórczości. Dzięki niemu przekonałem się, że wciąż mam w sobie duże pokłady do improwizacji, szaleństwa, zabawy. W 1985 r. przewinąłem się przez Przegląd Kabaretów Amatorskich PAKA, na którym razem z kolegami z zespołu I z Poznania, i z Torunia zdobyliśmy I nagrodę. Mam też za sobą udział w Festiwalu Piosenki Aktorskiej. A w 1987 wygrałem nagrodę na Studenckim Festiwalu Piosenki. Te rozmaite doświadczenia artystyczne  kumulują się w Instytucie B-61, który operuje formułą bardzo otwartą. Spektakle opierają się na szkielecie, paranaukowym kręgosłupie opowieści, który następnie ilustrują wykonawcy różnej maści - wszyscy tworzą elementy większej układanki, ale zarazem każdy z nich jest osobnym, wyrazistym bytem. Mogą to być znakomici artyści lub wykonawcy nieprofesjonalni – wszyscy budują misterną opowieść wokół głównego wątku.

–  Jak duży dostajesz margines wolności artystycznej w ramach działań Instytutu B-61?

– Udział w tym przedsięwzięciu ma dla mnie jako wykonawcy zupełnie inny charakter niż na scenie. Występujemy w bardzo różnych, niewielkich przestrzeniach, często dla kilkudziesięciu osób tylko. Śpiewam, czasem wisząc podczepiony pod sufitem lub niewidoczny dla widzów. Mogę posługiwać się metaforą, co bardzo mi odpowiada. Na przykład ostatnio w Krakowie Instytut został dostrzeżony przez środowisko teatralne na festiwalu Reminiscencje, gdzie pokazywaliśmy spektakl Ewolucja Gwiazd. Śpiewając zza okien piosenkę Underground, obrazowałem Błękitnego marudera, czyli stan, w jakim znajdowała się jedna z gwiazd. Mentalnie odszedłem już od pojęcia piosenki jako małego teatru, bo na scenie wypada to dość sztucznie. Natomiast w Instytucie odnajduję się w tym, bo tam każdy występ jest niepowtarzalny i daje mi ogromną satysfakcję.

 Jeden z projektów z Twoim udziałem odbywał się w pociągu na międzynarodowej trasie. Dla kogo wtedy śpiewałeś?

–  Tak, to projekt Cosmic Underground! Jechaliśmy pociągiem z Estonii przez wszystkie kraje Bałtyckie do Polski i stąd samolotem do Lizbony. Instytut zakłada działania performatywne, toteż nic dziwnego w tym, że publiczność przychodziła na dworce, następnie szła z przewodnikami w głąb stacji, wchodziła do budynków dworcowych i pociągów, oglądając kolejne, dynamiczne elementy  tego performance'u, odgrywane przez artystów z różnych krajów. Na koniec ja śpiewałem po polsku na peronie piosenkę „Niedorozwinięty jestem”, wyrastając pomiędzy pasażerami czekającymi na pociąg. Robiło to na nich niesamowite wrażenie – w Tallinie niektórzy płakali, w Portugalii natomiast piosenka ta zyskała wielki aplauz. To było fascynujące doświadczenie! Już samo podróżowanie z tymi wszystkimi ludźmi pociągiem przez kilka granic, długie rozmowy, wspólne doświadczenia artystyczne – to są rzeczy nie do przecenienia!

Jak wygląda życie codzienne współczesnego barda, który nie dąży do bycia w mediach za wszelką cenę?

– Mam to szczęście, że mogę sobie ten świat układać sam. Mieszkam w Toruniu i bardzo sobie cenię życie codzienne w tym mieście. W przeszłości rozważałem przeprowadzkę do Warszawy, Wrocławia czy nawet Paryża, ale nie zdecydowałem się i nie żałuję. W Toruniu fajnie się mieszka, zwłaszcza gdy ma się dzieci. Można tutaj znaleźć równowagę i zawodowo – w moim przypadku - robić to samo, co w Warszawie. A działalność pozamuzyczna mnie nie pociąga, chyba że charytatywna, w rodzaju Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Nie dbam też o  medialność, bo do tego trzeba mieć mnóstwo energii i siły.

A Twoją energię co ostatnio pochłania najbardziej?

– W ostatnich latach – dwie córki-bliźniaczki, które chodzą do popołudniowej szkoły muzycznej. Bardzo staramy się nie zabić w nich radości grania na fortepianie i wiolonczeli. One funkcjonują na innym muzycznie poziomie niż ja, niewykształcony w tej materii. Ale córki rosną, są coraz bardziej samodzielne, więc powoli wracam do tworzenia.

Podobno przygotowujesz nową – szóstą – płytę?

– Pracuję nad nią, mam piękne teksty Sławka Wolskiego, do których muzykę chcę stworzyć sam. Chciałbym także trochę zreformować mój mini festiwal Lulu.

Dziękuję za rozmowę.

 

 

Rozmawiała: Kinga Nemere-Czachowska
Fot. 1 – archiwum prywatne
Fot. 2 – Monika Chmarzyńska

Skrócona wersja rozmowy ukazała się w piśmie „UNIwers” (grudzień 2015)