Ziemia Lubuska – wakacje Skołowanych
25 lipca – 2 sierpnia 2015
Ziemia Lubuska

9-ciodniowa (8 noclegów) wycieczka rowerowa Klubu Rowerowego SKOŁOWANI.

Trasa

  • Toruń – Wolsztyn – Kargowa – Zielona Góra – Żagań – Przewóz – Łęknica – Niemcy – Łęknica – Brody – Bogaczów Ochla – Toruń
  • przybliżona długość całej trasy rowerowej: 400 km

Szczegóły (rozwiń/zwiń)

Ziemia Lubuska 2015 – relacja

25 lipca 2015

W podróży było nudno. Do pociągów wszystkie rowery bez problemu się zmieściły, nikt ze współpasażerów nie narzekał - totalna kicha. Nawet w Poznaniu mieliśmy beznadziejną przesiadkę. Kolejny pociąg jechał z tego samego peronu i nie mieliśmy przyjemności taszczyć rowerów po schodach. Ponadto na złość drugi pociąg podstawili ponad 40 minut przed odjazdem.

W Wolsztynie w Parowozowni chciwi lubuszczanie nawet nas nie skasowali za bilety, chociaż by prosić nie wiadomo ile. Pewnie dlatego, że Parowozownia była otwarta pomimo, że była zamknięta. Zakosztowaliśmy tam powiewu luksusu z 1911 roku - w przedziale klasy business dla kobiet.

Następnie ruszyliśmy szukać drogi rowerowej, którą nieopatrznie polecił nam konduktor, pomimo, że za późno ugryzł się w język. Niestety droga okazała się fantastyczna. Kolejną wpadkę zaliczyliśmy znajdując duży skrót. Jedyną zaletą tego skrótu było to, że był dość piaszczysty oraz to, że inicjatywa społeczna tubylców usunęła ją z map kierownika Internetu z Richmond. Na tej drodze, w środku puszczy, na totalnym zadupiu, zatrzymał się zdziwiony naszą obecnością tubylec w wielokonnej bryczce i wygadał się jak mamy jechać dalej i uprzedził o czyhającym po drodze groźnym, rozszczekanym potworze wielkości nowego yorka.

Upalną dzisiejszą pogodę urozmaicił jedynie krótki, ale dość intensywny i orzeźwiający deszcz, a trasa była obrzydliwie płaska. Na domiar złego nasza skołowana grupka jest bardzo sympatyczna.

Motto na następny dzień: Trzykrotne hurra na cześć spotkania kierownika wycieczki z Toronto.

26 lipca 2015

Dziś ruszyliśmy w drogę z kwadransem akademickim, a nawet trzema. Szybko pokonaliśmy pierwszy odcinek do Klępska, aby zwiedzić tamtejszy kościółek. Przepiękna drewniana perełka zachwyciła tych, którzy byli tu po raz pierwszy, a Ci którzy już tu byli też chętnie słuchali miejscowej przewodniczki. Kościół w Klępsku polecamy naprawdę każdemu.

Następnie pognaliśmy na umówione spotkanie z Włochem i jego pływającą gondolą. Do gondoli zmieściło się 12 osób nie licząc flisaka. Podczas rejsu delektowaliśmy się kawą z porcelanowych filiżanek zaserwowanych na wiszącym stole. Woda w Odrze jest bardzo płytka, ale nikt nie chciał sprawdzić tego osobiście. Gdy wpłynęliśmy na Obrzycę naszym oczom ukazały się cudności: przepiękne grążele, nenufary i grzybienie białe. Zachwyciła nas również kotewka wodna w kształcie rozety, która jest znacznikiem czystości wody. Niestety jej orzeszki jeszcze nie dojrzały. Po drodze w bliskiej odległości mijaliśmy młode bociany, które uczyły się szukać pożywienia oraz trudnej sztuki latania. Niestety nie widzieliśmy zaprzyjaźnionych z flisakiem bobrów, a jedynie ślady ich działalności. Całą drogę gondolier raczył nas bardzo ciekawymi opowieściami i czas upłynął nam błyskawicznie.

Najmłodszy zielonogórski Skołowany przyjechał po nas do portu i oddaliśmy mu fuchę przewodnika stada. Dzięki temu nie zabłądziliśmy między zielonymi górami jadąc na nocleg u zaprzyjaźnionych absolwentów UMK. Gospodyni zaskoczyła nas ogromną gościnnością częstując smacznym obiadem, przepysznym ciastem i rewelacyjną herbatą. Szkoda, że nie zostajemy tu na tydzień.

W godzinach wieczornych zaczęła się prawdziwa dyplomacja. Dotarł do nas Ambasador UMK, czyli Skołowany Wentylek.

Motto na jutro: Siedmiu wspaniałych w reżyserii ...

Tu Wentylek! Już nie mogę doczekać się na spotkanie z Wami. Po wieczorno-nocnym weselisku za trzy godziny ruszam do Zielonej Góry! Sam po drodze do Gorzowa odwiedziłem Park Grzybów w Piłce - małej wiosce w głębi Borów Nadnoteckich. Polecam to miejsce fanom zbierania grzybów. Miłej wyprawy po Odrze! Cigacice to całkiem ciekawe miejsce. Pozdrówcie po drodze Sulechów. spędziłem tam pierwszych pięć lat mojego życia

27 lipca 2015

Dzisiejszą relację można w zasadzie zamknąć jednym słowem - śniadanie. A to co się działo potem to tylko dodatek. Planowaliśmy wyruszyć o godz. 9, ale suto zastawiony stół i przemiła atmosfera spowodowała, że straciliśmy poczucie czasu, a nad wszystkim unosiła się maksyma: Oby grzeszne brzucho pękło, a dar boży się nie zmarnował.

Oderwawszy się wreszcie od stołu ruszyliśmy w stronę Ochli. Po zawiłych zakamarkach leśnego labiryntu poprowadził nas absolwent UMK z Zielonej Góry - Piotr i wyprowadziwszy nas na prostą zniknął. W Ochli wjechaliśmy do skansenu. Podobnie jak Parowozownia w Wolsztynie, skansen był zamknięty więc zwiedziliśmy go za darmo. "Opad w postaci kropel H20" wprowadził nieco odzieżowego zamieszania. Po konsultacjach zmieniliśmy nieco trasę i zajechaliśmy do Broniszowa. Znajduje się tam powoli odrestaurowywany zamek rycerski. Tym razem niestety był on zamknięty i mogliśmy go obejrzeć tylko z zewnątrz, więc szybko ruszyliśmy dalej. Kolejny, tym razem bardzo słoneczny, postój mieliśmy przy kościele w Brzeźnicy. Dzięki sympatycznemu wikariuszowi mogliśmy obejrzeć wnętrze świątyni, bo trawnik nie był zamknięty, za co niniejszym dziękujemy.

Wczesnym popołudniem każdy z nas dotarł do swojej celi, w byłym klasztorze augustiańskim w Żaganiu. Na szczęście nie zamknięto nas w nich i mogliśmy swobodnie ruszyć w miasto. Gwałtowna burza zagoniła nas do kawiarenki, w której niektórzy świadomi lub nieświadomi wentylkowego gniewu zamówili coś czego nazwy wymieniać nie wolno. Wentylek musiał zażyć środki uspakajające i obniżające ciśnienie. Dzień został zwieńczony spacerem po włościach księżnej Doroty i spotkaniem ze słynnym niedźwiedziem Wojtkiem.

Motto na jutro: Wóz albo Przewóz

28 lipca 2015

Wiemy, że tradycyjnie, bardzo niecierpliwie czekacie na naszą relację. A my jesteśmy spowolnieni przez czerwone wino. Po nocy pełnej umartwień, w nieco zaniedbanych poklasztornych pomieszczeniach obudziła nas poranna ulewa. Ale jak to mówią: deszcz ranny i łzy panny szybko mijają. O ile nie polecamy noclegu w tym miejscu, to zwiedzenie Biblioteki Żagańskiej powinno być punktem obowiązkowym zwiedzania tego miasta. Cytat: Nie ważcie się wyjechać z Żagania nie obejrzawszy biblioteki - tymi słowami pożegnał nas zaprzyjaźniony absolwent UMK z Zielonej Góry. Jesteśmy mu za to wdzięczni. Na południowym wylocie z Żagania odwiedziliśmy Muzeum Obozów Jenieckich rozsławionych przez film "Wielka ucieczka". Część z nas zeszła do repliki tunelu, ale bez roweru.

Jadąc do Iłowy uciekliśmy z głównej drogi w las. Dzięki temu kierownik wycieczki zauważył coś czerwonego w lesie - nie były to konfitury, ani kapturek. Po półgodzinnym popasie przypomnieliśmy sobie, że przyjechaliśmy rowerami i trzeba było jechać dalej. W Iłowie polecamy strefę japońską i chińską zlokalizowane w pobliżu zamku. Do największych ciekawostek należy Most Miłości przerzucony nad drogą niezgody. Kto ciekawy niech poszuka informacji.

W dniu dzisiejszym udało nam się przejechać aż 500 m z bardzo silnym wiatrem w plecy - bo pomyliliśmy drogę i trzeba było wracać - pod wiatr. Skracając drogę przez las w okolicach Lubartowa mieliśmy okazję zdobyć odznaki Sprawnych Slalomistów Błotnych. A w zbiornikach wodnych, bez znaczenia strategicznego, woda była gęsta i zielona. W nagrodę wyjechaliśmy na ruiny XIII-wiecznego kościoła.

Ostatnich 5 km jechaliśmy bez przerwy w dół. Na noclegu w Przewozie pachniało świeżością i czystością. Hostel Bike Park i jego gospodarz są bardzo przyjaźni rowerzystom, a wiedza gospodarza bardzo pomocna w doborze tras i uzupełnieniu wiedzy o regionie - naprawdę POLECAMY.

Motto na jutro: Wiatrowi TAK, ale w plecy - nasze plecy!

29 lipca 2015

Ostatniej nocy, w męskim domku, doszło do prawykonania słynnego utworu Chrapaczowa na 4, a nawet 5 głosów (Dętka przyznał się, że chrapie na 2 głosy - dla niedowiarków odpłatna prezentacja). Zgodnie ze wskazówkami naszego gospodarza ruszyliśmy w kierunków Włochowa nową drogą przeciwpożarową przez las. Szutrowa droga okazała się lepsza od niejednego łatanego asfaltu. Na 5 kilometrze Wentylek zarządził nieoczekiwany popas. Po obu stronach drogi słał się czerwony dywan, ale nie perski. Ale był wypas - full wypas. Jadąc przez Czaple nie spotkaliśmy ani czapli siwej ani białej, samochody też nam nie przeszkadzały.

W Łęknicy po zakwaterowaniu zjedliśmy obfity obiad w towarzystwie dużej grupy oszczędnych Niemców. Następnie udaliśmy się do Parku Geologicznego, a Dętka do znudzenia ćwiczył nocne etiudy. Wjechaliśmy w baśniowy kraj dawnej kopalni Babina. W parku rewelacyjnie poprowadzona jest trasa pieszo-rowerowa. Co kilkaset metrów odnogi prowadziły nas na punkty widokowe. Każdy punkt był bardzo dobrze opisany po polsku i po niemiecku. Były to różnego typu zapadliska pokopalniane wypełnione wodą. Kolory tych jezior (szafirowe, turkusowe, brunatne, pomarańczowe i kto wie jakie jeszcze) zależały od substancji zalegających na ich dnie. Największe wrażenie zrobiło na nas najmłodsze zapadlisko, w którym sterczały jeszcze pnie obumarłych drzew. Na końcu wspięliśmy się po 144 stopniach na wieżę widokową, aby popatrzeć z góry na grzbiet słonia, a może i dinozaura.

Dzień zakończyliśmy przechadzką po okolicy. Po minięciu przygranicznego Manhattanu przekroczyliśmy granicę i dalej poszliśmy nadnyśnieńską promenadą. Do Polski powróciliśmy niedawno odnowionym mostem kolejowym przeznaczonym dla pieszych i rowerzystów, który wdzięcznie kreślił błękitny łuk nad rzeką.

Wracając nieopatrznie poleciliśmy nasz nocleg trójce spotkanych rowerzystów z Wałbrzycha - przez to będzie większa kolejka pod prysznic.

Motto na jutro: Chrapen Sie Deutsch?

30 lipca 2015

W dniu dzisiejszym dowództwo powierzyliśmy geografowi warminsko-mazurskiemu. Wybór okazał się bardzo trafny, bo Jurek doskonale czyta mapy. Nie sprawdzaliśmy, czy umie je też rysować. Park Mużakowski zaczęliśmy zwiedzać od zdziczałego Arboretum. Był to zaczarowany las pełen wielkich buków, dębów jak dęby, ale nie spotkaliśmy Alicji, ani królika i jego znajomych. Działkowiczów w zachwyt wprowadziły stare odmiany jabłoni - np. złota reneta i cesarz Wilhelm. Niestety owoce były jeszcze niedojrzałe.

Następnie wjechaliśmy w polskie alejki angielskiego parku założonego przez niemieckiego księcia Pücklera. Jak wieść niesie wielkiego kobieciarza, co doprowadziło go do ruiny i zmusiło do sprzedaży włości. W parku byliśmy na mostach, pod mostami, w punktach widokowych. Do ciekawostek należały drzewa, które rosły wewnątrz obumarłego pnia poprzednika. Przykładem był słynny dąb Herman. Po przejechaniu podwójnego mostu nad Nysą Łużycką wjechaliśmy do niemieckiej części parku. Natknęliśmy się tam na ogromną kopułę utworzoną z liści krzewów przypominających kasztanowce, które akurat kwitły. Wewnątrz znajdował się ciekawy labirynt złożony z pni tych krzewów - wyglądało to jak altana z mnóstwem podpórek. Niemiecka część parku jest dwukrotnie mniejsza od polskiej, ale na jej terenie znajdują się malownicze stawy i pałac. Obejrzawszy co się dało ruszyliśmy do parku górskiego, z którego rozpościerały się fantastyczne widoki.

Powróciwszy do Polski tym samym mostem kolejowym, co wczoraj wieczór udaliśmy się na zasłużony, obfity posiłek. Ogłoszone po obiedzie "pół godzinki dla słoniki" niespodziewanie przekształciło się w "dwie godziny dla słoniny". Z trudem zwlekliśmy się z łóżek i wsiedliśmy na nasze rumaki, a w tym czasie Dętka w bazie poszukiwał Alicji. Podchodząc elastycznie do planu wycieczki zamiast udać się na zachód pojechaliśmy z wiatrem na wschód szlakiem zwiniętych torów. W Żarkach Wielkich z daleka obejrzeliśmy ruiny wieży rycerskiej oraz przypomniało nam się, że jeździmy po Łużycach czytając trójjęzyczny napis na tablicy poświęconej twórcy eksperymentalnej psychologii G. T. Fechnerowi. Następnie inną drogą wróciliśmy do domu. Nasze częste zmiany decyzji świadczą o elastyczności i ciągłości dowodzenia w naszej grupie.

Ostatnio relacje piszemy przy czerwonym winie i serach wszelakich, co weszło nam już w krew. Przy czym dzisiejszego wieczoru nie pijemy win gronowych tylko z biedronki.

Motto na jutro: Nie zna granic ni kordonów Skołowanych jazdy zew

31 lipca 2015

Informacja dnia: Dziś rano Dynamik była gotowa 15 minut przed Wentylkiem, który spóźnił się 7 minut na ogłoszoną przez siebie zbiórkę. Po naszym ukochanym niebieskim mostku na kilka godzin wjechaliśmy na teren Saksonii i po kilku kilometrach wjechaliśmy do Brandenburgii (bez paszportów). Przejazd przez Niemcy był nudny - asfalt, asfalt i jeszcze raz asfalt. Droga doskonale oznakowana i duży jej fragment wiódł koroną wału przeciwpowodziowego. Ciekawostką były rosnące na wałach drzewa oraz często rozmieszczone parkingi dla ptaków drapieżnych w postaci słupów z poprzeczką. Jedynie wiatr był tak samo paskudny jak w Polsce. Na trasie było parę atrakcji: dwa jazy wodne i resztki wysadzonego mostu. Ogród różany w Forst obejrzeliśmy z wysokości siodełek rowerowych zza płotu ponieważ po ogrodzie nie wolno pedałować na metalowych rumakach.

Gnani tęsknotą za krajem ruszyliśmy na ojczyzny łono. Po przekroczeniu Nysy okazało się, że musimy przedrzeć się przez Zasieki, w postaci stacji benzynowych, salonów fryzjerskich i kiosków z papierosami - wszystko dla oszczędnych Niemców. W pierwszej napotkanej budce żywieniowej wypiliśmy dobrą kawę z jeszcze lepszym ciastem, a niektórzy dołożyli do tego po szaszłyku. O zgrozo od granicy do samych Brodów wiodła nas biegnąca wzdłuż szosy droga rowerowa.

Choć nie jechaliśmy z Łodzi do Zgierza, po drodze patrzymy leśnicza wieża.
Pod wieżą siedzi leśnik i czeka, na zbłąkanego turystę z daleka.
Za jedne 3 zł wchodzisz do góry i widzisz ziemię z pozycji chmury.
Koniec poezji.

Z wieży po raz pierwszy rzuciliśmy okiem na Brody, ale nie te siwe. Po chwili wjechaliśmy do Brodów przez bramę powitalną zbudowaną niestety nie dla nas. Potężny pałac, który został totalnie zniszczony w 1945 roku ma odnowiony tylko dach. W odrestaurowanych oficynach znajdują się hotel i restauracja. Wyjazd z miasteczka okazał się pechowy dla Wentylka - złapał gumę i wespół zespół z Dętką napompował koło. Powietrza wystarczyło na 1,5 km po czym trzeba było się wynurzyć i ponownie dmuchnąć w oponę. Tym razem powietrza wystarczyło na szczęśliwe osiągnięcie celu.

Nie wiemy jak to się stało, ale Dynamik miała na liczniku 2 km więcej niż pozostali uczestnicy wycieczki. Wszyscy podejrzewali, że jako jedyna po wczorajszym wieczorze jechała wężykiem.

W Zagrodzie Koziołek Suchodołek czekały na nas dwie wielkie przyczepy campingowe - komfortowo wyposażone i czyściusieńskie. Wokół nas zieleń, hamaki, huśtawki, kwiczące świnki, beczące kozy, szczekające psy, Poza tym absolutna cisza. W pobliskich Jeziorach Dolnych wykryliśmy ciekawe ruiny kościoła z XVIII wieku oraz pięknie zachowaną kamienicę z tego samego okresu. A teraz siedzimy przy zupie chmielowej, jabłeczniku i herbacie (Wentylek postanowił dać odpocząć swojej wątrobie).

Motto na jutro: Zielono Nam

1 sierpnia 2015

Dzisiejszej nocy temperatura spadła, naszym zdaniem, do -50 stopni. Nasze wagony mieszkalne okazały się bardzo ekologiczne - zimą zimne, latem gorące. Między innymi z tych powodów Dynamik była dzisiaj gotowa do jazdy tylko pół godziny po Wentylku, a ostatnie sople z Dętki odpadły około południa. Przy pożegnaniu z gospodynią dowiedzieliśmy się że spośród gromady beczących kóz większość była owieczkami. Ruszyliśmy z pierwszymi oznakami wiosny. Nie zdążyliśmy opuścić wsi, a już było lato.

Pierwszą atrakcją dnia dzisiejszego był Biecz. Dojechaliśmy tam bardzo piaszczystym czarnym szlakiem, ale warto było. Tamtejszy kościół charakteryzuje się wspaniałą akustyką. Ciekawostką są 2-piętrowe balkony z antresolą oraz bardzo ciekawy układ ławek. Do Lubska dojechaliśmy drogą rowerową biegnącą wzdłuż szosy, którą wczoraj jechaliśmy od Zasieków. Po drodze zatrzymaliśmy na przydrożnym parkingu, gdzie od dziesiątków lat trwają w miłosnym uścisku dąb szypułkowy z sosną nadzwyczajną.

W Lubsku kościół był zamknięty, ale pizzeria była otwarta. Polecamy odwiedzenie sklepu mięsnego niedaleko barokowego kościoła. Wyrobów nie sprawdzaliśmy, ale wystrój był niesamowity. Ściany i podłogę zdobiły fantastyczne kafelki z I połowy XX wieku. Przed Jasieniem minęliśmy 15 południk, który wyznacza strefę czasu środkowoeuropejskiego, a w samym Jasieniu zobaczyliśmy podobno najmniejszy krzyż pokutny w Polsce z 1813 roku. W dalszej drodze jedna osoba zaordynowała przerwę na "sikundę", która przerodziła się w wielką ucztę. Tym razem zdradzimy, że znowu najedliśmy się czerwonych borówek, przez niektórych zwanych brusznicą. Ciężko było niektórych oderwać od krzaczków. Po dotarciu do Nowogrodu Bobrzańskiego okazało się, że centrum znajduje się powyżej, wg naszych obliczeń jakieś 1000 m w góręj.

A teraz siedzimy przy ognisku i spożywamy ... z ... razem z dzisiejszymi gospodarzami.

Motto na jutro: Wszystko co dobre zbyt szybko się kończy

2 sierpnia 2015

Ostatniego dnia pobudka została zarządzona na 7:00, a dla Dynamik 6:30. Zanim ruszyliśmy w trasę pojechaliśmy z naszym gospodarzem do ruin małego XIII-wiecznego kościółka. Jego wnętrze wywarło na nas niesamowite wrażenie. Nie ze względu na architekturę, ale potężny 250-leni dąb rosnący w prezbiterium. Następnie ruszyliśmy w kierunku Zielonej Góry. W Bogaczewie nieco pomyliśmy drogi, dzięki czemu mogliśmy się rozkoszować pchaniem rowerów po głębokim piasku. W Koźlach natrafiliśmy na gładki asfalt, ale nie cieszyliśmy się z tego powodu zbyt długo - zaczęły się podjazdy, które swoje apogeum osiągnęły między Lednicą a Buchałowem. Nagrodą były lody w sklepiku pod jaskółkami. Mieliśmy okazję poobserwować intensywne karmienie młodych oknówek. Potem był szaleńczy zjazd w dół. Chyba wszyscy przekroczyli maksymalną dozwoloną prędkość 40 km/h. W Słonem (filologów przepraszamy za ewentualny błąd w odmianie nazwy Słone) czekał na nas Jacek, ale nie Wentylek. Jako mieszkaniec Zielonej Góry przejął funkcję pilota i sprawnie doprowadził nas na rynek. Na starym mieście zjedliśmy ostatni wspólny posiłek, po którym Jurek pognał na wcześniejszy pociąg do Olsztyna. Przy okazji informujemy, że zostaliśmy upoważnieni do napisania relacji bez jego obecności (upoważnienie do wglądu u kierownika wycieczki). A teraz jedziemy klimatyzowanym pociągiem relacji Zielona Góra - Poznań mijając miejscowości, przez które mieliśmy okazje przejeżdżać.

Motto na jutro: Nie ma wycieczki, nie ma motta.

PS. Jeżeli spodobały Wam się nasze relacje, to zapraszamy do ich wspólnego redagowania na kolejnych wielodniowych wypadach Skołowanych.

Dynamik

---

Kolejna wyprawa Skołowanych dobiegła końca. Pralka pracuje, sakwy opróżnione i.......brakuje towarzystwa do wieczornych rozmów i żartów. Dziękuję za Waszą aktywną obecność! Dziękuję Kindze i Ani za pomoc w organizacji naszej wyprawy - Niech żyje Program Absolwent i jego Biuro!

A dla tych, którzy się wahali drobna rada - warto zaryzykować i poświęcić tydzień urlopu na wspólną wyprawę po przepięknych zakamarkach naszej Ojczyzny! A mamy już pomysł na lato 2016.

Wentylek