Sandomierz - Kazimierz Dolny - 26 lipca - 3 sierpnia 2014

Trasa

  • Miejsca noclegów: Solec nad Wisłą, Ostrów Świętokrzyski, Ujazd (z zamkiem Krzyżtopór), Opatów (z podziemną trasą turystyczną), Sandomierz (2 noce), Józefów nad Wisłą, Kazimierz Dolny (2 noce)
  • Dystans: dzienny od 35-45 km, jeden dzień: 60 km, w sumie ok. 350 km
  • Skala trudności: kolor czerwony, trasa pagórkowata

Relacja z wycieczki

Sandomierz - Kazimierz Dolny 2014 – relacja

26 lipca 2014

Motto na dziś: Kto rano wstaje temu Pan Bóg burzę daje!

Wiemy, że niecierpliwie oczekujecie na naszą relację. Nie tylko Wy. Doszły nas słuchy o niepokojach na Wall Street spowodowanych brakiem informacji o naszych losach. Ale żyjemy!

Przy pisaniu relacji każdy ma swoje obowiązki. Wentylek właśnie wyciągnął korek i wszyscy usłyszeliśmy charakterystyczny odgłos znany od pokoleń.

Ale może zacznijmy od dwóch sensacyjnych informacji. Dynamik była pierwsza na dworcu! Nie dość tego, rower i siebie przewiozła autobusem komunikacji miejskiej, co świadczy o coraz większym zamiłowaniu do luksusu.

W pociągu Arriva było pusto, wieszaki na rowery i sympatyczna pani konduktor, ale niestety tylko raz sprawdzała nam bilety. Natomiast w Kutnie bezskutecznie szukaliśmy wagonu rowerowego. Ostatnim miejscem w którym go widziano był rozkład jazdy. W rezultacie 5-osobowa grupa została podzielona na 3 równe zespoły.

W Puławach, w przeciwieństwie do Torunia, pogoda była jak najbardziej wakacyjna. Starym zwyczajem zamiast ruszyć od razu w trasę zatrzymaliśmy się w knajpce na kawie. Dłuższy czas nie przejawialiśmy ochoty do jazdy. Dopiero informacja, że na trasie stuknie Danusi 1000 godzin na rowerze i w związku z tym zapowiedziała dobre wino na noclegu poderwała nas na nogi.

Pierwszą atrakcją na trasie były ruiny zamku w Janowcu. W biały dzień spotkaliśmy tam Czarną Damę. Podobno wiedziała o naszym przybyciu (sława nas wyprzedza). Na zjeździe z góry zamkowej natknęliśmy się na BDA*. Na dole wytrzęsieni i wygłodniali trafiliśmy do Domu Restauracyjnego (wszędzie dobrze, ale w Domu najlepiej). Koło piątej, popijając kwas chlebowy, ze zdziwieniem zorientowaliśmy się, że przejechaliśmy dopiero 18 km z planowanych 45. Ze stoickim spokojem stwierdziliśmy, że jesteśmy na urlopie i bez pośpiechu ruszyliśmy w dalszą drogę.

Miłym elementem krajobrazu były mijane plantacje chmielu. Niestety w postaci surowca, a nie produktu – złocistego płynu w oszronionych butelkach, których wizję potęgowała bardzo wysoka temperatura powietrza. Widok ten szczególnie radował serce Darka.

Trasa do Solca nad Wisłą miała prowadzić częściowo drogami gruntowymi. Po raz kolejny poczuliśmy się oszukani, gdy okazało się, że wszystkie polne drogi zdążyli przed naszym przejazdem wyasfaltować.

W pewnym momencie zastygliśmy w bezruchu, ptaki zatrzymały się w powietrzu, komary przestały ciąć, odezwały się kremlowskie kuranty, Big Ben, dzwon Zygmunta i nasz Tuba Dei i ogłosiły światu, że Dynamik spędziła na swoim rowerze 1000 godzin zegarowych (nie mylić ze świetlnymi). Po udokumentowaniu milenijnego wydarzenia ruszyliśmy dalej.

Zgodnie z nową świecką tradycją w momencie dotarcia na pierwszy nocleg Darek złapał gumę.

Spragnieni czegoś dla ciała podczas wypadu zaopatrzeniowego odkryliśmy, że w tutejszym kościele klasztornym będzie coś dla ducha - wieczorem odbędzie się koncert muzyki dawnej. Koncert okazał się znacznie lepszy niż tego się spodziewaliśmy, zwłaszcza, że występowali młodzi utalentowani artyści. Dramatyzmu dodało trzykrotne zerwanie struny u pierwszego skrzypka (ale nie na dachu).

W drodze powrotnej na nocleg myśleliśmy już tylko o pisaniu relacji i czekającej nas degustacji najdroższego wina jakie udało się nam kupić w soleckich sklepach. Jego cena wynosiła 12 zł, ale mimo to okazało się całkiem dobre w smaku. I tym optymistycznym akcentem kończymy relację z naszego pierwszego dnia.

*BDA – brukowa droga antyrowerowa

27 lipca 2014

Motto na dziś:Im więcej przejechanych kilometrów tym dłuższa relacja.

Planowaliśmy spać tak długo jak chcieliśmy, ale nasi sąsiedzi uznali, że do 5 wystarczy. Mimo tego wyspaliśmy się.

Trasę zaczęliśmy zjazdem z górki ze średnią prędkością 50 km/h i zostaliśmy natychmiast ukarani długim podjazdem pod górę. I za co?!

Połowę zaplanowanej trasy przejechaliśmy bocznymi drogami wśród pól malowanych zbożem rozmaitem, pozłacanych pszenicą, posrebrzanych żytem, zielonym prosem i brązowo-białą gryką. Oczy cieszyły czerwone wiśnie i maliny oraz kiście czarnej aronii. Większość mijanych lasów rosła po niewłaściwej stronie drogi, bo my rzucaliśmy na nie cień zamiast one na nas. Po burzliwej dyskusji doszliśmy do wniosku, że tak jak wczoraj rozwijano przed nami asfalt, to dzisiaj powinni rozwijać z rolki obok drogi las, byle nie tropikalny.

Marzyliśmy o odpoczynku w cienistym restauracyjnym ogródku w Siennej. Na pytania o zimne bezalkoholowe napoje usłyszeliśmy: Oni chyba z Warszawy, takie mają wymagania. Zdegustowani zakupiliśmy zimne napoje w zwykłym sklepie i spożyliśmy je w miejscu publicznym, za nic mając ustawę o wychowaniu w trzeźwości i przeciwdziałaniu alkoholizmowi (Dz.U. ...).W efekcie jeden z kolegów (nie wskazując paluchem – Wentylek) przysnął na twardej ławce (zdjęcia będą przekazane odpowiednim organom), a na ławce za ok. 50 lat spodziewamy się odlewu Wentylka z pamiątkową tabliczką.

Na nocleg dotarliśmy o rekordowej porze 14:00. Po odświeżeniu się i po godziwym relaksie wyruszyliśmy w podróż w czasie. Nasze rowery zmieniły się w wehikuły czasu i przeniosły nas w epokę neolitu do kopalni krzemienia. Z przyjemnością odnotowaliśmy spadek temperatury do ok. 7 stopni Celsjusza. Niczym rodzynki w wapiennym cieście tkwiły konkrecje słynnego na cały świat pasiastego krzemienia. Z uporem maniaków zaczęliśmy wykuwać z krzemienia łańcuch rowerowy, ale co wykuliśmy wychodziła nam dętka, której nie dało się napompować. Obawiamy się czy za postaciami zarośniętych, odzianych w skóry, neolitycznych górników nie kryły się agentki AGHM.

Powrót w XXI wiek przywitał nas niemiłosiernym skwarem. Megalityczna kuchnia nam nie służyła (udziec z mamuta był niedopieczony, a flaki niedoprawione), więc potwornie zgłodniali co sił w pedałach pognaliśmy do Ostrowca Świętokrzyskiego, i już o 20:30, w poleconej przez miejscowego tubylca knajpie spożyliśmy obfity posiłek. Dynamik zaprzyjaźniła się tam z młodym drapieżnikiem z rodziny kotowatych. Dokumentacja fotograficzna i stenogramy rozmów udostępnione zostaną w najbliższym numerze Wprost.

Wszystkie wyżej wymienione atrakcje wydarzyły się na dystansie 80 km (votum separatum Wentylka – 79,99 km).

Motto na jutro: Wysiłek umysłowy wzmaga pragnienie.

28 lipca 2014

Motto na dziś: Przyjazne są tylko góry, z których się zjeżdża.

Przez całą noc przez nasze pokoje przejeżdżały tiry. Jedynym sposobem odcięcie im drogi było zamknięcie okna, niestety było to równoznaczne z utratą przytomności z powodu braku świeżego powietrza. W jednym z pokojów natarczywy budzik wyrwał część nic niespodziewających się śpiących ze snu o 6:30! Wszystkich, poza właścicielką budzika. W drugim pokoju spano słodko do 8:15.

Ruszyliśmy zupełnie nieświadomi, że przed nami etap wysokogórski. Od drugiego kilometra zasadniczo bez przerwy jechaliśmy pod górę. Zaliczaliśmy jedną za drugą premie górskie, wszystkie najwyższej kategorii. Nieliczne zjazdy dostarczały tylko chwilowego wytchnienia. Po pierwszej części etapu Darek uzyskał tytuł najlepszego górala i nikt nie był mu w stanie zagrozić. Mamy poważny kłopot ze zdobyciem dla niego białej koszulki w czerwone grochy. Jeżeli macie, podeślijcie nam posłańcem lub na poste restante.

Potężny skwar i podjazdy zmęczyły nas ogromnie. Na szczęście w Opatowie udało nam się dostać do słynnej, szesnastowiecznej galerii handlowej. Ponieważ nie mieliśmy denarów, dukatów, talarów ani kolorowych paciorków na wymianę, nie dokonaliśmy żadnej transakcji. Na szczęście dzięki wpłacie 12 nowych polskich złotych zostaliśmy wpuszczeni do podziemnych magazynów, gdzie mogliśmy się schłodzić.

Po obejrzeniu romańskiej Kolegiaty św. Marcina, której zwiedzenie polecamy, ruszyliśmy w dalszą drogę. Oczywiście pod górę! Dziś na polach stadnie pasły się bizony, robiąc dużo hałasu i wnosząc tumany kurzu. Robiły to w pośpiechu, bo nad horyzontem pojawiły się czarne chmury! Po raz pierwszy to my goniliśmy burzę, a nie burza nas. Wreszcie spadł upragniony chłodny deszcz na nasze rozpalone ciała.

W gospodarstwie agroturystycznym porzuciliśmy nasze bagaże i udaliśmy się do ruin zamku Krzyżtopór. Tradycyjnie na skołowanej wycieczce Wentylek spotkał znajomych, tym razem z Poznania. W ostatnich dwóch latach całość ruin została udostępniona do zwiedzania. Nawet Wentylek, który był tu kilkakrotnie był zachwycony. Jedynymi żyjącymi mieszkańcami ruin są teraz ptaki. Byliśmy światkami nauki latania młodych pustułek.

Istniejące kiedyś jadłodajnie w pobliżu ruin zostały zlikwidowane. Pojechaliśmy zatem do oddalonej o około kilometr nowiutkiej restauracji. Podczas spożywania bardzo smacznego posiłku byliśmy świadkami jak grupa pracowników donosiła do kuchni świeże grzyby z pobliskiego lasu (borowiki, koźlarze i kurki). Droga powrotna na nocleg oczywiście wiodła pod górę.

P.S. Cieszymy się, że czytacie nasze relacje i wywierają one takie wrażenie, że nie jesteście w stanie ich skomentować.

Motto na jutro: Grupa Skołowanych zmierza do Sandomierza.

29 lipca 2014

Motto na dziś: Nic, że droga wyboista, ważne, że kierunek słuszny (W. Młynarski)

Ranek przywitał nas okropnym skwarem. Męska część naszej grupy postanowiła ochłodzić się zakładając mokre podkoszulki. Niestety chłodzenia wystarczyło tylko na kilka pierwszych kilometrów. Trasa rozpoczęła się bardzo długim zjazdem, a nawet dłuższym. Cały dzień towarzyszyła nam wijąca się to w górę to w dół rzeczka Koprzywianka.

W Konarach zatrzymaliśmy się przy obelisku upamiętniającym walki Pierwszej Brygady w roku 1915, dowodzonej przez Józefa Piłsudskiego. Potem dotarliśmy do Klimontowa, gdzie zwiedziliśmy piękny kościół zbudowany na planie owalu. W Sulisławicach – Częstochowie Ziemi Sandomierskiej – okazuje się, że obok neogotyckiego kościoła, stoi stara świątynia – znacznie ciekawsza, zdobna w stare freski i pięknie malowany strop. Niestety bardzo zaniedbana. W byłej zakrystii można obejrzeć wystawę o wojennej działalności oddziału „Jędrusie” – wsławionego wieloma udanymi akcjami przeciw niemieckiemu okupantowi. Trzecim obiektem sakralnym na naszej trasie był pocysterski zespól klasztorny w Koprzywnicy. Szkoda, że zamknięty.

Najmilszą atrakcją był ostry podjazd w niecny sposób ukrywający się tuż za zakrętem – W LEWO! Część z nas okupiła ten podjazd dłuższym odpoczynkiem na trawie.

80% naszej grupy znalazła ochłodę zażywając kąpieli w zalewie „Danusia”. Z niedowierzaniem stwierdziliśmy, że w wodzie nie można płynąć ani pod górę, ani w dół. Pozostałe 20%, czyli jedna osoba* na dalszej trasie wykazywała wyraźne przegrzanie obwodów mózgowych – między innymi twierdziła, że widziała kanię rudą rozmawiającą przez komórkę z orłem bielikiem. Zielony szlak rowerowy, którym dziś jechaliśmy, poprowadził nas przez Kujawy i Ostrołękę do Sandomierza (niedowiarków odsyłamy do odpowiednich map). Na ostatnich 20 km trasy mogliśmy podziwiać sadownictwo na światowym poziomie – jabłonie, grusze, śliwy, wiśnie, włoskie orzechy, a wszystko przeplatane plantacjami pomidorów.

Po 58 km dotarliśmy tam, gdzie mieliśmy dotrzeć. Porzuciwszy rowery i bagaże ruszyliśmy w miasto. Krótki spacer po malowniczych uliczkach starego Sandomierza spotęgował nasz głód. Stanęliśmy przed dylematem osiołka. Okazało się, że na rynku jest kilkanaście restauracji, pizzerii i barów. Przestudiowaliśmy karty dań kilku z nich. Za każdym razem ktoś miał jakieś zastrzeżenia, ale już po niecałej godzinie wybraliśmy lokal.

Prosimy wziąć pod uwagę, iż w trakcie pisania relacji obywatelka Dynamik spożyła samodzielnie i osobiście, przez nikogo nie przymuszana pół litra 18% płynu na jagodach. O efektach powiadomimy jutro.

* Zagadka – ile osób liczy nasza grupa i kto był w podgrupie 20%

Motto na jutro: Panta rei i my też.

30 lipca 2014

Motto na dziś: Nie każda rzeka Drawą jest.

Dziś wstaliśmy tylko troszkę później niż Ojciec Przeor z Monachomachii. Część grupy udała się na drugą stronę Wisły w celach rowerowo-kajakowych. Na samym wstępie jedna dętka zawiodła i 1/4 z 4/5dostała rower zastępczy marki Peugeot. Organizator imprezy wyprowadził nas polnymi drogami do woj. podkarpackiego (bez kontroli celnej). Po drodze przejechaliśmy przez most, do którego podczas powodzi dojazdy z obu stron są zalane, a mostek nie – chyba jedyny taki majstersztyk inżynierii drogowo-mostowej. Po kilku kilometrach wymieniliśmy 4 rowery na 2 kajaki i 4 wiosła. Spływ po rzece Łęg był bardzo relaksacyjny – woda spokojna, pogoda sprzyjająca i niedługi odcinek. Porzuciwszy kajaki odzyskaliśmy 3 nasze rowery. Następnie dzięki niezwykłej uprzejmości organizatora wymieniliśmy dętkę w rowerze Eugenii i ruszyliśmy do Sandomierza. Niestety w połowie drogi poda ciężarem wspomnianej wcześniej koleżanki dętka siadła ponownie. Ostatecznie skończyło się to nabyciem nowej opony z roweru Ojca Mateusza.

W tym czasie nie spławiająca się 1/5 wycieczki rozpracowywała atrakcje turystyczne miasta Sandomierz per pedes. Ponadto udała się do tutejszych podziemi, gdzie uzyskała intratną propozycję pracy jako miejski kat z możliwością uzyskania zleceń z miast Opatów i Lublin (wóz pszenicy za głowę). Zlokalizowała również okoliczne wąwozy, a także pozyskała informację o ciekawej imprezie kulturalnej.

Spotkanie 1/5 z 4/5 zaowocowało wspólnym obiadem. Po czym cała grupa (5/5) udała się śladami 1/5. Dwoma wąwozami dostaliśmy się do bazyliki katedralnej, w której wysłuchaliśmy koncertu organowo-wiolonczelowego (fiński organista i polska wiolonczelistka). W ten sposób nasza wycieczka uzyskała status najbardziej koncertowej w historii Skołowanych.

Motto na jutro: Kwintet zmienia się w oktet.

31 lipca 2014

Dodatek specjalny.

Wrodzona skromność Darka nie pozwala nam napisać, że poniższy tekst dotyczy jego czapki. Niesforny wiatr zerwał czapkę z jego głowy, żeby potargać kwiaty we włosach, a czapkę porzucił byle gdzie, czyli na środek szosy. Owe nakrycie głowy zostało wielokrotnie przejechane. Rozpoznaliśmy bieżniki następujących firm oponiarskich: Dębica, Kormoran, Goodyear, Fulda, Bridgestone, Michalin. Jeden z pojazdów miał opony zimowe, mocno zjechane. Działo się to w Sandomierzu tego samego dnia, w którym Legia Warszawa pokonała Celtic Glasgow (4:1) w eliminacjach Ligi Mistrzów, nie wykorzystując dwóch rzutów karnych!!!

---

Motto dnia: Nie taki profil straszny jest go malują! (Wielki, bezimienny filozof i cyklista chiński z XIII w.)

Zasadniczo powinniśmy napisać dwie relacje. Tercet (nie egzotyczny) wyruszył dziś rano z okolic bydgosko-toruńskich. Kwintet wyruszył z Sandomierza do Piotrawina.

Relacja nr 1. Po klasycznych przygodach kolejowych (brak wagonu rowerowego i miejscówkami widmo) tercet z problemami opuścił pociąg w Nałęczowie. Skręciwszy na prawo wybrali się na nieplanowaną wycieczkę poloznawczą. Po dokładnym zapoznaniu się z budową kombajnu stwierdzili, że znaleźli się kilka kilometrów przed punktem wyjścia. W związku z tym zaniechali szaleńczej pogoni za kwintetem. Zaoszczędzony czas spędzili na ławeczce pod sklepem prowadząc terenowe badania kartograficzne oraz poznając zwyczaje lokalnej społeczności.
(Redaktor odpowiedzialny – Danusia, poszła po wodę, stąd opóźnienia w pisaniu relacji).

Kolejną atrakcją na trasie tercetu było trzykrotne pompowanie dętki bez pompki, za pomocą pompki i w końcu przy użyciu pożyczonego traktora.

Relacja nr 2. Kwintet, dla ominięcia podjazdu pod samotną górę, zmienił trasę. Przeszkody wodne – Wisłę oraz San pokonaliśmy przeprawą mostową i promem (odpowiednio). Do szczęśliwego pokonania nurtów Sanu przyczynili się Darek i Wentylek kręcąc korbą w odpowiednią stronę. Ciekawostką jest to, że rowerzyści, w przeciwieństwie do pieszych, nie płacą za bilety. Prom obsługuję bardzo sympatyczny młody człowiek. Przekazał nam wiele ciekawych informacji związanych z przeprawą.

Widzieliśmy plantację fasolki po bretońsku, znaczy się pięknego jasia na tyczkach. Skwar powodował częste zatrzymywanie się przy sklepach. W barze w Annopolu zjedliśmy obfite drugie danie (kasza, mięsko, surówka) za 8 zł (słownie osiem złotych). Pod Piotrawinem przy szosie czekał na nas pan Waldemar – dobry znajomy Wentylka. Pokazał nam piękny widok na Wisłę z wielką kamienistą skarpą. Okazuje się, że przez wiele lat kopano tu kamienie, przeznaczone do budowy zapór. Pokazał nam również wszystkie najciekawsze obiekty w Piotrawinie i opowiedział legendy związane z tą miejscowością.

Po spotkaniu obu grup radości nie było końca, w związku z tym kończymy relację.

Motto na jutro: Nie masz pompki – licz na traktor.

1 sierpnia 2014

Motto na dziś: Krótka trasa krótka relacja

Poranek zaczął się od zaraźliwego bólu brzucha i głowy. Najlepszym lekarstwem na to okazała się orzechówka z tajnych zasobów Wentylka. Tylko Dynamik i Darek I byli zdrowi (frajerzy).

Pomimo nocnych i porannych burz i deszczów powietrze było parne i duszne.

Po raz pierwszy wyruszyliśmy na trasę jako oktet i wszystkim było przyjemniej. Jechaliśmy wśród pól, sadów i lasów po terenie, który w 2010 roku w większości był pod wodą. Najlepiej było to widać przy kościele w Wilkowie – na bramie był zaznaczony poziom wód i daty. Potem była góra ze stromym i długim podjazdem, a może jeszcze większa. Po szybkim zjeździe do Kazimierza Dolnego zaokrętowaliśmy się w Schronisku pod Wianuszkami. Darkowi II spadł łańcuch i pojechał szukać krawcowej.

Na obiad królowały pierogi, w tym kazimierskie. Następnie udaliśmy się na bardzo długi spacer. Głównym celem spaceru był Wąwóz Korzeniowy. Droga do niego i powrót były pięciokrotnie dłuższe od samego wąwozu. Jednak warto było – wąwóz okazał się przyrodniczo bardzo ciekawy. W drodze powrotnej zahaczyliśmy o ruiny zamku. Wentylek przyspieszył swój powrót ponieważ na rynku czekali na niego kolejni znajomi, z którymi cała grupa miło spędziła wieczór.

Późnym wieczorem oświetlone białe mury zamku pięknie odcinały się od czarnego błękitu nocnego nieba.

Motto na jutro: Nasza ósemka doborowa wyrusza do Nałęczowa

2 sierpnia 2014

Motto na dziś: Dla rowerzysty audiobook wygodniejszy od książki na kierownicy

Dosyć długo trwało, nim wszyscy byli gotowi do drogi. Nic dziwnego, z nieba od rana lał się żar. Ciągle ktoś coś zapominał (tabelka w Excelu w przygotowaniu – przewidujemy podanie tego po co, kto i o której biegał). Starym zwyczajem koledzy przed wyjazdem zmoczyli podkoszulki i inne część i garderoby. Na kilkanaście minut dawało to ochłodę a potem było tylko coraz cieplej.

Ledwo wyjechaliśmy z Kazimierza trafiliśmy na to, co lubimy najbardziej. Podjazd o nachyleniu 10% na ponad kilometrowym odcinku! Napracowaliśmy się nieźle, ale wzorem dla nas był nasz super góral – Majka.

Szlak rowerowy „Greenway” okazał się wyjątkowo nieprzychylny rowerzystom. Kilka kilometrów tłuczonej cegły, a potem karkołomny zjazd, który wszyscy pokonywali z zaciśniętymi hamulcami i duszą na ramieniu.

Pierwszym ciekawszym miejscem na trasie była Wąwolnica i sanktuarium ze słynącą łaskami cudowną figurą Matki Bożej. Wszyscy spędziliśmy około 5 minut na kolanach. Nie było to jednak przejawem nagłego wzrostu naszej pobożności tylko efektem oderwania kolczyka od ucha Eugenii. Tak, wasze wizje niewiele odbiegają od rzeczywistości i każda jest bliska prawdy. Koniec końców po raz kolejny szczęśliwym i w pełni usatysfakcjonowanym znalazcą okazał się Dariusz I.

Nałęczów małą miejscowością jest, ale możemy powiedzieć, że byliśmy u wód: Barbara, Celiński i Miłość. Pomimo że nasze koleżanki wypiły tej ostatniej nieomal cysternę, skutków do tej pory (wieczór) brak. Być może przyczyną był fakt, że kolega Wentylek nie uczestniczył w powyżej opisanej libacji, bo żal mu było 3,50 zł za wejście. Pozostał na zewnątrz pod pozorem pilnowania rowerów oraz twierdził, że w przeszłości bywał tu wielokrotnie i nigdy na dobre mu to nie wyszło.

Drogą wśród starych willi dotarliśmy do tamtejszego cmentarza wartego odwiedzenia. Jest tu pochowanych wielu wielkich Polaków, między innymi Ewa Szerburg-Zarębina, powstańcy styczniowi czy pierwszy ilustrator Pana Tadeusza – Andrioli. W restauracji, w której zatrzymaliśmy się na obiad, jedna z naszych dwóch podgrup była wielokrotnie omijana przez kelnerów! Widać mało ciekawych rzeczy działo się przy ich stoliku.

W drodze powrotnej Dynamik pierwszy raz na tej wycieczce zgubiła drogę. Kosztowało to nas kilometr drogi więcej (500 m pod górę i 500 m w dół).

W dniu dzisiejszym nawiązanie kontaktu z Dariuszem II było wyjątkowo trudne. Zamiast rozmawiać z koleżankami przepadł w audiobooku. Koniec audiobooku rozpoznaliśmy po pojawieniu się w jego dłoniach książki drukowanej.

Na rynku dzisiaj, jak zwykle, Jacek spotkał znajomych. Dla odmiany, znajomych spotkała również Eugenia.

Wieczorem, jak to mieliśmy na tej wyprawie w zwyczaju, trafiliśmy na koncert. Właśnie rozpoczął się festiwal Dwa brzegi i wysłuchaliśmy koncertu inauguracyjnego. A wszystko działo się na rynku w Kazimierzu! Grała Młoda Polska Filharmonia – muzyka filmowa przypadła nam do gustu! Bardzo, chociaż staliśmy lub siedzieliśmy na bruku.

Motto na jutro: Ideał sięgnął bruku

3 sierpnia 2014

Motto na dziś: Chcesz zepsuć wspomnienia z wakacji wracaj PKP z rowerem

Kiedy tylko byliśmy gotowi, a słońce stało wysoko i wiała lekka bryza, wyjechaliśmy z Kazimierza Dolnego w kierunku Puław. Droga wiodła wzdłuż wału przy Wiśle. Ten odcinek polecamy wszystkim rowerzystom.

Tuż przed IUNG Justyna pękła i uszło z niej powietrze. Koledzy szybko i sprawnie ją naprawili. Obejrzeliśmy kilka pięknych sal Pałacu Czartoryskich i otaczający go park. Wentylek w wolnych chwilach zbierał pawie pióra na ogon.

Dynamik wywiodła nas na sympatyczne bezdroża i manowce. W oparach amoniaku unoszących się nad odstojnikiem udało nam się opuścić teren oczyszczalni ścieków. Następie już cywilizowaną drogą, czyli gładziutkim asfaltem, pod kołującymi nad nami białymi czaplami, nie mówiąc o bocianach, dojechaliśmy do Gołębia. Gołąb ten, w odróżnieniu od gołębi pocztowych nie mógł do nas przylecieć.

Na końcu wioski zatrzymaliśmy się w Muzeum Nietypowych Rowerów. Tak dziwnych pojazdów napędzanych siłą mięśni nóg nikt z nas jeszcze nie widział. Tylko nieliczne nie nadawały się do jazdy. Kustosz muzeum, a zarazem konstruktor, kolekcjoner i pasjonat rowerów, nie tylko nam je pokazywał, ale również demonstrował różne ciekawe techniki jazdy. My także próbowaliśmy jechać na niektórych z nich, co wywoływało salwy śmiechu – zarówno jadących jak i obserwatorów. Trzeba zaznaczyć, że wszelkie nasze próby jazdy na tych dziwnych wehikułach kończyły się ... szczęśliwie. Muzeum to zaliczamy do jednych z najciekawszych miejsc, które odwiedziliśmy na tej wycieczce. Nim się zorientowaliśmy minęło prawie 200 lat historii roweru i prawie 2 godziny naszego życia, więc panicznie rzuciliśmy się w drogę do Dęblina, gdyż pociąg nie poczeka.

InterRegio relacji Lublin – Poznań miał tylko 4 wagony i znowu żaden z nich nie był przystosowany dla przewozu Skołowanych. Po stoczeniu boju z panią konduktor i kierownikiem pociągu udało się nam zapakować do ostatniego wagonu niemal blokując dwa wejścia. Utarczek z innymi pasażerami nie będziemy opisywać. Natomiast od Kutna jedziemy w warunkach bardzo przyzwoitych.

P.S. Ostatnio Komitet Powitalny składał się jedynie z psa z kulawą nogą. Tym razem spodziewamy się orkiestry, transparentów i kwiatów!

Motto na jutro: Nie wszyscy muszą iść do pracy